Spod
półprzymkniętych powiek łypał na mnie uporczywie nieznośny
wzrok. Rozbierał mnie do naga, rozdzierał duszę, widział,
kształtował, odbierał siłę, doświadczał słabości, wytykał
wady i popychał kiedy jakaś część mnie stała na skraju klifu.
Każdy trybik w machinie mojego umysłu, widoczny był w moim ciele,
w moich kościach, w całej kupie mięsa jaką się stałam pod
wpływem tego wzroku. Stałam się czującym mięsem, leżącym na
ladzie, oczekując na moment, w którym odrąbie mi się udo, a serce
zostanie sprzedane za grosze, bo przecież – serca i mózgi są
najtańsze! A moje oczy, moja dusza? Oderwana jako nieużytek, zbyt
nieprzyjemnie bowiem patrzy się w tęczówki ofiary, którą się
tak rozbiera, tak odziera ze skóry, wystawia na światło i każe
prezentować. Prezentować, sprezentować siebie na talerzu, oddać
do konsumpcji, oddać oczy, oddać serce, oddać duszę. Przecież to
wszystko tak zbędne, tak niepotrzebne, potrzebne jest tylko mięso,
jak najlepsze, jak najbardziej soczyste, z małą ilością tkanki
tłuszczowej, ale bez przesady, inaczej źle się marynuje, a tym
samym marnuje się. Taki kawał mięsa! A jak się marnuje!
I
leżę na ladzie sklepowej, i czekam na moment kiedy sprzeda się
ostatnia część mnie, kiedy ten wzrok mnie pożre, skonsumuje,
zdegustuje, oceni, stwierdzi jak soczyste jest moje mięso, jak nic
niewarty jest mój trybik w mózgu. Czekam na moment, w którym stara
baba zza lady odrąbie mi łeb, zabierze pierś na rzecz innej starej
baby, która musi nakarmić wnuki, które ją odwiedziły. Czekam na
moment, kiedy jedne puste oczy, zabiorą mi wszystko, przekażą
innym pustym oczom, a te kolejnym, a każde włókno, na które
składa się moje mięso będzie krzyczeć i mój niemy krzyk oczu w
ich mniemaniu będzie pusty. I znowu kolejny cios. Znowu kolejne
uderzenie topora, wie Pani, tak źle się kroi, grube kości, mało
mięsa, taki towar, straszne straszne, ale bywały tu gorsze, to
naprawdę i tak dużo jak na nasze czasy, ciężko o lepszy towar,
może mało, ale za to jak smacznie, zaręczam Pani. Kości Pani
zawsze psu da! Zawsze do czegoś można wykorzystać.
Jak
można wykorzystać nie-pusty wzrok, nie-niemy krzyk, nie-niebijące
serce, nie-zimne ciało, serce, którego nawet chłód lady nie może
oziębić, zaziębić, może dodać tylko gorączki? Tego nie można
wykorzystać, to przecież trzeba zutylizować, wie Pani, pies zje,
mój je, to Pani też zje. Ale to zawsze się jakoś wykorzysta.
Topór. Zamach. Szelest. Zamach stanu! Zabierają mi godność,
zabierają moje mięso, moje mięso myślące, moje mięso czujące,
moje mięso niesoczyste, niewykorzystywalne. Chcę moje mięso z
powrotem! Oddajcie mi je! Oddajcie moje oczy, wy puste kurwy, z
pustymi oczyma, z pustymi sercami, z pustymi mózgami. Wy puste
szmaty, oddajcie mi mnie, a nie wyrzucacie na ladę i handlujecie
czującymi zwłokami. Świętokradztwo! Na dodatek - w święta!
Podam Was do sądu boskiego!
Cholera.
Ciągle
się łapię na tym.
Przecież
już nie funkcjonuje, zdelegalizowali go jakieś dwa tysiące lat
temu.
Szkoda.
Może
przyjmą moją apelację.
Krzyk
mięsa nie może być przecież obojętny.
Przecież
– na ogół nie krzyczy.
Chyba.