piątek, 13 maja 2016

it's about being honest.




              Każdy z nas zna takie piosenki. Zna takich artystów. Zna to uczucie, kiedy piosenka wpływa prosto w serce, czasem zatruwa niczym jad. Wciąga niczym narkotyk. Każdy zna artystów, którzy wciągają nas, nie pozwalają zapomnieć. Spędzamy godziny, dnie, tygodnie, miesiące a czasem nawet lata próbując poznać ich geniusz. I mimo tego upływającego czasu, nigdy nie przestają nas intrygować.
              Każdy z nas ma również takie playlisty, zapisane na kartach pamięci, skrawki papieru pokryte cytatami i tytułami. Godziny spędzone na poszukiwaniu tej piosenki, która kiedyś obiła nam się o uszy w radiu i od tego momentu nie daje spać. Przed oczami zawsze rysuje mi się wtedy mój pokój. Przygaszone światło gdzieś w kącie pokoju, jedna świeca, a w dłoni kubek kawy, lekko zabielonej mlekiem. Pół przymknięte oczy, głowa bezwiednie szukająca wsparcia w ścianie. A w tle…

One. Te jedyne. Tak zwykłam je nazywać.


              Prócz zupełnie różnych kawałków, dość dużą część stanowią utwory, które wypłynęły spod pewnych dłoni. Dłoni, które magicznie ujmują moje serce, otulają je i mówią. Mówią dźwiękiem. Mówią słowami. Ale mówią przede wszystkim tym niesamowitym, unikatowym głosem. I choć te dłonie tak pięknie trzymają moją duszę, czasem w tle tych melodii mogę usłyszeć pewien trzask. Trzask mojego serca, które otwiera się, lekko zgrzytając zardzewiałymi zawiasami. Otwiera się, by przyjąć jedyną w swoim rodzaju treść. A później po ciuchu, moje serce wypełnia się ciepłem. Łamie się lub tonie. Tonie w miłości, jaką obdarza nowo poznany obiekt. Pozornie obcy, staje się momentalnie czymś bliższym. I pozostaje w nim na zawsze.


            Tom Odell. To jeden z tych artystów, którego geniuszu nie potrafię pojąć już od jesieni 2012 roku, gdy to przypadkiem natrafiłam na Songs from Another Love. Do dziś pamiętam ten moment, kiedy usłyszałam pierwszy raz jego głos. Pianino, które rozdarło moją duszę. Momentalnie poczułam mrowienie na całym ciele. Takich rzeczy się nie zapomina. To jak pierwsza miłość. Mimo tego, że dawno już ze sobą nie jesteście, czasem podczas ciepłych wakacyjnych wieczorów, siedząc i wpatrując się w gwiazdy myślisz, że może to było te jedyne uczucie.
To takie cudowne uczucie móc powiedzieć „Znałam Another Love zanim stało się modne! Ha, bitches!”. Czuję poniekąd, że to moje życiowe osiągnięcie. Straight on my CV.


Ale to nie o Another Love będę mówić. Pfu, pisać. Another Love to piękna piosenka, jedna z tych jedynych (masło maślane), ale…


Każdy ją zna. 

 
             Aby zacząć chronologicznie, z Songs from Another Love (który ma 4 kawałki), moje serce tak doszczętnie [prócz oczywiście Another Love] skradło demo. Demo, które urzekło mnie swoją surowością nagrania, a przede wszystkim tekstem.




           Kocham momenty, gdy na ulicy zapanowuje cisza, a słońce chyli się ku zachodowi. Mieszając swoje barwy niczym wytrawny malarz, tworzy najpiękniejsze pejzaże. To bardzo kojarzy mi się z tą piosenką. Takie chwile zawsze napawają moje serce niepewnością. Czy jutro nastąpi nowy dzień? Czy dam radę unieść mój bagaż następnego dnia? Czy następnego wieczoru zobaczę się z najbliższymi mi osobami?

and if i say don't go, will ya stay tonight?

           Przypomina mi o wszystkim co przeszłam. O wszystkich warunkach jakie stawiałam, o moich prośbach, które nigdy nie zostały spełnione. O moich uczuciach wobec osób. O mojej obecnej miłości, wątpliwościami i obawami jakie są z nią związane. A przede wszystkim przypomina mi, jak bardzo samotna jestem w te piękne wieczory. I choć świat wokół zdaje się być taki cudowny, siedzę i nie potrafię zrozumieć, czy rzeczywiście mam rację, mówiąc że jestem silna wobec tego wszystkiego co mnie otacza…


            Przejdźmy do Long Way Down. To pierwszy studyjny album Odella, który zawiera w sobie 15 utworów (wersja Deluxe). Przepływa między balladami, wpada w wir emocjonalnych kawałków takich jak Hold me czy Till I Lost i radzi sobie z tym świetnie. Cały debiutancki album Toma to majstersztyk jakiego moje uszy nie są w stanie zrozumieć. Ten album to mój dom.





          Co urzekło mnie w tej piosence? Niekończące się pianino, idealnie mieszające się z wieczornym spacerem w górach. Pianino, które pokazuje, że nasze życie to droga, która naprawdę wydaje się być bardzo długa. Och, to najdłuższa droga jaką kiedykolwiek przejdziemy w swoim życiu. Więc na pewno tej podróży, żaden z nas nie chce odbyć samotnie. Bo wtedy ta droga stałaby się jeszcze dłuższa.

I byłaby jeszcze bardziej nieznośna. 

 



             Pusta droga, na której stoisz ty, sam. Trzymasz się kurczowo własnego płaszcza, tak mocno, że pobielały ci knykcie. We własnych dłoniach sklejasz serce – połamane i skurczone, płaczące z bólu. Co jeszcze gorsze? To Twoje serce.
I wołasz. I szukasz. I krzyczysz. Chcesz płakać. Jedyne co słyszysz to swój własny krzyk, który jest jak alarm. Ale nie potrafisz go wyłączyć, bo to twój krzyk. Sam sobie nie dajesz rady. Uciekasz, przewracasz się i walczysz, by w końcu z rozumieć, że to na nic. Potrzebujesz czyichś dłoni, a masz tylko swoje.

i've heard the rain is the city's tears

            Ten utwór przywodzi mi na myśl moment, gdy siedzę na podłodze w moim pokoju, oparta o ścianę, zakrywając swoje uszy. Bo nie potrafię już słyszeć bólu. Bólu, który mnie otacza w każdym, nawet najmniejszym drgnięciu gorącego powietrza. To niczym alarm, który próbuje mnie obudzić. Nie gódź się z tym. Nie uciekaj. Walcz. A kurz tańczący w powietrzu tylko zdaje się mnie w tym upewniać.




            Każdy z nas zna uczucie zupełnej zmiany. Moment, w którym naszym ulubionym kolorem staje się zielony, choć całe życie nas irytował. Ale to co kochaliśmy – weźmy na to różowy – zaczyna nas przytłaczać tak mocno, że ten wszechobecny róż sprawia, że zaczynamy w nim tonąć i tracić siebie. Dlatego zmieniamy swoje upodobania, siebie, swój charakter, ciało, wszystko. Zmieniamy nawet sposób w który kochamy. Tak samo jest z kłótniami. Kochamy kogoś mocno, bardzo. Ale ta osoba zaczyna nas z czasem irytować i potrzebujemy kłótni, zmiany, czegokolwiek, by móc kochać na nowo. Potrzebujemy swoistej burzy, która obmyje nas do czysta z bólu, mgły, która otacza nasze serce i tego różowego, który nas otaczał. Potrzebujemy zielonego.



            Na szczęście niesamowity Brytyjczyk nie spoczął na laurach i już 10 czerwca będzie miała miejsce premiera jego drugiego krążka. Zatytułowany będzie „Wrong Crowd” - jest to również tytuł pierwszego singla. A już 3 czerwca Tom Odell zagości na Orange Warsaw Festival! Choć nie będę miała okazji go zobaczyć na żywo, to jestem pewna, że dowiemy się podczas tego koncertu jeszcze więcej o zbliżającym się albumie, a przede wszystkim o nim samym jako człowieku. A na Wrong Crowd znajdziemy, prócz piosenki o tym samym tytule, utwór Magnetised i Somehow. I to o tej trójce chciałabym właśnie powiedzieć.





             Ten moment zagubienia pośród tłumu. Wydaje nam się, że pasujemy w tym miejscu układanki, choć wewnątrz coś w nas krzyczy – to nie są Twoi przyjaciele. Ty tu nie pasujesz. Często świadomie mieszamy się w złe towarzystwo, by spróbować dopasować się gdzieś, gdzie inni pasują. Wydaje nam się to takie nierealne, takie cudowne, ale wiemy… Wiemy, że to nie dla nas. Nasza rodzina, starzy przyjaciele, krzyczą, proszą, by w końcu tylko patrzeć na to co się z nami dzieje, bezsilnie załamując ramiona. Ale jak możemy pomóc czemuś, czego nie wiemy jak się pozbyć?




              Przywiązanie. Każdy z nas oddaje się komuś. Choć niekoniecznie ten ktoś tego chce. Nie chce naszego przywiązania. I to takie cholernie niesprawiedliwe! Wtedy tak często padamy ofiarami ludzi, których kochamy. Zabija nas własna broń – miłość. Chyba najgorsze uczucie jakie może być na świecie – widzieć, że osoba, która wywołuje w nas tyle uczuć, tak dobrych – nie szanuje ich, przekuwając je tym samym w coś co powoli zabija nas. Serce się łamie i jedyne co możemy usłyszeć to brzęk odpadających kawałków, odbijających się tak miękko, tak delikatnie od chłodnej posadzki. Nasze objęcia, tak mocno zaciśnięte, stają się obojętne…
             Tak boleśnie obojętne. Ten utwór zajmuje dość specjalne miejsce w moim sercu. Przypomina mi, że miłosny paraliż nigdy nie trwa wiecznie, a ja nie jestem w stanie przewidzieć co czuje druga osoba. Kojarzy mi się też z deszczem, który tak niemiłosiernie bije z nieba, ale to niebo również cieszy później oko swoją tęczą. Tak jak my. Mimo ran i bólu, który jest nam zadany, pamiętamy tylko o tej tęczy, która wymalowała ten lekki uśmiech na naszej zmęczonej już udawaniem twarzy…



              A Somehow? Somehow jest tak genialnym utworem, że mój mózg tego nie pojmuje. Odezwę się jak tylko zacznie pojmować, jakim cudem można tak pięknie sklejać słowa, tworząc historię, którą z taką pasją potrafi namalować muzyka. To trzeba po prostu usłyszeć, by zrozumieć moje uczucia. Jedyne na co zwrócę uwagę – to orkiestra w przejściach. Pieści moje uszy niczym najdelikatniejsze pocałunki i nie przestaje, nawet wtedy gdy ustaje muzyka…

somehow i always end up in your arms 

 


             Teraz powinnam podsumować. Ale nie dam rady, bo to artysta, którego odkrywam za każdym odsłuchaniem na nowo. Nie da się opisać tego jak specjalne miejsce zajmuje w moim życiu jego muzyka. To, że Tom Odell nigdy mnie nie zawiedzie i bezbłędnie odda moje uczucia, to chyba jedyna rzecz w moim życiu jakiej jestem pewna.

I w takie wieczory, które wypełniają całe moje ciało, tulą moją duszę i pozwalają się oczyścić to właśnie Tom Odell odbija się od szarych ścian mojego pokoju, by trafić prosto do mojego serca. A tam, kiedy piosenka zaczyna się kończyć, powoli zamykają się drzwi, a ono wypełnia się ciepłem. Ciepłem głosu, który zawsze będzie dla mnie unikatowym. Głosu, który prowadzi mnie. Prowadzi mnie między ścianami labiryntu jakim jest życie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz